| Zapiski z roku 2007 |
Polacy wracają na święta – pytanie o polską sekularyzację?W grudniu cala prasa informuje nas o powrocie Polaków na święta. Tytuł strony w „Dzienniku” (18 grudnia) oddaje klimat komentarzy: „Tylko tu święta mają smak”. Kilka fragmentów: „Wracam na święta, bo bardzo chcę pokazać mojemu mężowi Chrisowi, że czegoś tak wspaniałego jeszcze nie przeżył. […] Tylko raz przeżywałam święta w stylu brytyjskim. Nie ma porównania. Nasze są bardzo rodzinne, z rozmowami przy stole, kolędami i dzieleniem się opłatkiem. Zawsze wzruszam się do łez.” „Święta w Anglii różnią się od tych w Polsce. Nie przygotowuje się potraw, tylko kupuje się w sklepie. Świąt się nie celebruje, owszem ludzie zapraszają się, ale to jest takie sztuczne. Niby wszystko wspaniale udekorowane, drzewka przystrojone, jarmarki w Centrum miasta, ale dla mnie i innych Polakow, to nie to. […] Generalnie wszyscy chcą wrócić do kraju. Albo kupują bilety lotnicze w ostatniej chwili, albo pakują się do samochodu w kilka osób i jadą przez Europę.” „Z perspektywy 7 lat poza krajem musze przyznać, że takich wspaniałych świąt jak w Polsce to nie ma nigdzie na świecie. Kiedy pierwszy raz spędzałem w USA Boże Narodzenie nie mogłem uwierzyć, że tak można je potraktować. To właściwie jeden dzień, w trakcie którego odbywają się rodzinne spotkania, rozmowy… Mój zawodowy świat kręci się wokół finansów, więc marzą mi się niekomercyjne, tradycyjne święta. Za granicą ludzie szaleją za świątecznymi zakupami. Przez ostatnie tygodnie cała uwaga Anglików koncentruje się na wybieraniu odkurzaczy, skarpetek, maszynek do golenia i słodyczy. A potem zasiadają do stołu i są zapewne tak zmęczeni i zdekoncentrowani, że nie potrafią cieszyć się tą wspaniałą chwilą… Umiejętności obchodzeni świąt Bożego Narodzenia inni mogą nam pozazdrościć. Tej zimowej cudownej atmosfery, rozmaitych dań wigilijnych i śpiewania kolęd…” To ważne słowa w kontekście polskiego kompleksu wobec Europy. Ten kompleks ubogich krewnych, którzy zostali zaproszeni na salony, jest groźny dla naszej kulturowej tożsamości, a szczególnie groźny dla chrześcijańskiej wiary naszego społeczeństwa, dla Kościoła. Wobec tej zrozumiałej dla nas wszystkich tęsknoty Polaków za polskim Bożym Narodzeniem, należy zadać kilka ważnych pytań. Jaki jest związek bezbarwnego świętowania, o którym mówią cytowani polscy emigranci z sekularyzacją zachodniej Europy? Czy nie jest tak, że zobojętnienie religijne bogatych krajów Zachodu wpływa na opróżnienie z treści tradycyjnych chrześcijańskich świąt? Powyższe pytania sugerują też inny związek znaczeniowy: czy jeśli chcemy zachować polskie tradycje świętowania Bożego Narodzenia i innych polskich świąt, nie powinniśmy zdać sobie sprawy z tego, że intensywność wiary jest do tego koniecznie potrzebna? A może w interesie polskiego społeczeństwa jest troska o Kościół? W ostatniej wypowiedzi, która pochodzi od 26-letniego Norberta, maklera giełdowego z praktyką amerykańską i angielską, warto zwrócić uwagę jeszcze na jeden związek: świątecznego komercyjnego szaleństwa z sekularyzacją. Czy nie jest tak, że w świecie bez kościołów centra handlowe zajmą ich miejsca, a konsumpcja będzie jedynym sposobem świętowania. (Biłgoraj, 20.12.2007)
Czy Jarosław Gowin jest „listkiem figowym” Platformy Obywatelskiej?W okresie poprzedzającym wybory parlamentarne 2007 roku Jarosław Gowin był niewątpliwie jednym z najbardziej eksponowanych medialnie polityków PO. Trudno inaczej wytłumaczyć tę sytuację jak w taki sposób, że respektowany w środowiskach katolików polskich senator miał reprezentować wobec wyborców, zwłaszcza tych podejrzliwych wobec PO (bardziej jeszcze po odstawieniu na boczny tor Jana Rokity), katolicko-konserwatywną opcję swojej partii. Pytanie, które należy postawić dotyczy realnego wpływu krakowskiego polityka i innych, którzy myślą w podobny sposób na decyzje podejmowane w swojej partii? To pytanie powraca wobec grudniowej wypowiedzi rektora Gowina, który w sytuacji różnego rodzaju żądań formułowanych wobec rządu premiera Tuska (wprowadzenie religii na maturze, żądania mniejszości homoseksualnych, finansowanie przez rząd zapłodnienia in vitro) zaproponował zachowanie status quo. W wypowiedzi przytoczonej przez „Dziennik” poseł Gowin mówi, że „rząd nie powinien być stroną w sporach światopoglądowych” (PO ucieka od sporów światopoglądowych, „Dziennik” 19 grudnia 2007). Rozumiemy, że ta wypowiedź jest pewną propozycją taktyki politycznej i w związku z tym nie pretenduje do opinii zdania prawdziwego. Trudno jednak nie zwrócic uwagi na jego absurdalny charakter: rząd jest zawsze stroną w sporach światopoglądowych i tego oczekują od niego wyborcy, którzy ze spełnienia swoich oczekiwań rozliczają polityków. Rząd też nie jest w stanie uniknąć zajęcia pozycji w sporach światopoglądowych, bo rządzenie to nie jest reperowanie kranu, czy zmiana opon zimowych w aucie, ale troska o dobro wspólne, gdzie postulaty etyczne pełnią istotną rolę. (Biłgoraj, 20.12.2007)
Błędnie rozumiana tolerancja szybko zmienia się w swoje przeciwieństwoOd jakiegoś czasu słyszymy o kryzysie tradycyjnej polityki tolerancji w Holandii. Ta tolerancja okazała się naiwna i krótkowzroczna w przypadku imigracji. Całkowita otwartość Holendrów na przyjmowanie przybyszów z innych kręgów kulturowych była połączona z brakiem wizji dotyczącej integracji przybyszów doprowadziła do tworzenia się kulturowych gett, które tworzą ludzi pełnych agresji wobec innych. Sytuacja musi być naprawdę poważna jeśli Leo Benhakker mówi, ze nie chce teraz mieszkać w Holandii, gdyż ze względu na brak tolerancji to już nie jest kraj jego młodości. Kolejna odsłona kryzysu holenderskiej tolerancji dotyczy spraw obyczajowych. W artykule Jacka Pawlickiego (W Holandii gasną czerwone latarnie, „Gazeta Wyborcza” 20 grudnia 2007)znajdujemy stwierdzenie, że zdaniem ekspertów (Jaap Woldendorp) holenderska polityka tolerancji nie przyniosła spodziewanych rezultatów, a wprost przeciwnie: liberalizacja dostępności narkotyków doprowadziła do zwiększenia produkcji i spożycia narkotyków, legalizacja prostytucji doprowadziła do zwiększenia ilości gangów pośredniczących w handlu „żywym towarem”, oraz alfonsów odbierających prostytutkom część zarobionych pieniędzy. Stąd różnego rodzaju propozycje polityków holenderskich, np. ograniczenie ilości seks-klubów w dzielnicy czerwonych latarni. Dlatego też, autor artykułu stwierdza: „holenderska polityka tolerancji jest w odwrocie”. Warto w tym kontekście przypomnieć niektóre elementy polskiej debaty na temat legalizacji prostytucji. Jeśli dobrze pamiętam, nawet takie osoby, jak prof. Andrzej Zoll uważały, że prostytucje należy zalegalizować w trosce o zdrowie prostytuujących się kobiet, jak też w celu ograniczenia związanej z prostytucją przestępczości. Jeszcze dawniej, w latach 90-tych ubiegłego wieku spieraliśmy się przecież o to, czy prawo ma charakter etyczny i czy stanowiąc prawo państwo angażuje się w spory etyczne.
Wigilia Bożego Narodzenia 2007, Biłgoraj„Nie wracam zresztą do swoich książek. To niebezpieczne czytać własne książki. […] Bo kiedy czyta się własną książkę, chciałoby się ją pisać dalej, pisać od nowa, poprawiać. I tak bez końca. Kończę książkę nie dlatego, że nie jestem w stanie jeszcze czegoś do niej dopisać, uzupełnić jej, pewnych wątków rozbudować, zrezygnować z innych. Po prostu kończę, żeby siebie samego zatrzymać. Ten moment, w którym mówię sobie koniec, dyktuje mi już tylko intuicja. Po przeczytaniu książki nie czytam już jej potem, bo bym zaczął znowu pisać” (Miałem nad sobą niebo. Z Wiesławem Myśliwskim rozmawia Krzysztof Masłoń, „Rzeczypospolita, 24-26 grudnia 2007 roku, s. 18).
Czy elity polityczne reprezentują poglądy społeczeństwa?To tytuł bardzo ciekawego artykułu Mirosławy Grabowskiej z wydanej pod redakcją m.in. Krzysztofa Kosęły w 1995 roku książki Szkoła czy parafia? Nauka religii w szkole w świetle badań socjologicznych (Kraków 1995). Na podstawie przeprowadzonych badań socjologicznych prof. Grabowska wyciąga wnioski, które świadczą o niereprezentatywności poglądów polskich elit politycznych – zarówno z prawej jak z lewej strony - w stosunku do całości społeczeństwa. Wspomniane badania dotyczyły kwestii, wówczas na początku lat 90-tych, najbardziej „zapalnych”: nauczania religii w szkole i aborcji. A oto interesujące nas wnioski: „W kwestii nauczania religii w szkołach scena polityczna jest wobec opinii publicznej przesunięta w lewo. Powody tego przesunięcia pozostają do dalszej analizy. Trzeba by wśród nich uwzględnić społeczną charakterystykę partyjnych elit (wysokie wykształcenie, miejski charakter) i kształt kultury politycznej, a nawet pojawiające się po roku 1989, w okresie badan już wyraźne nastroje anty-klerykalne” (s. 59). „W tym wypadku [chodzi o legalizację aborcji – JK] na politycznej scenie prezentowane są opcje bardziej ekstremalne czy ideologiczne niż przekonanie społeczeństwa: Porozumienie [Centrum – JK] chce ograniczać, Unia [Wolności – JK] wyswobadzać, gdy tymczasem większość społeczeństwa nie jest zainteresowana ani ścisłymi ograniczeniami, ani pełną swobodą, ale określeniem granic: z jedenj strony – ochrony matki (jej życia, zdrowia, integralności jej osoby), z drugiej – ochrony życia przyszłego dziecka” (s. 62). Prof. Grabowska zdaje sobie sprawę z tego, że ta różnica poglądów między politykami, a społeczeństwem jest w gruncie rzeczy czymś normalnym; przecież oczekujemy od elit, że rozumieją więcej niż wszyscy, potrafią patrzeć bardziej dalekowzrocznie, a ich działania wobec reszty społeczeństwa mają także cel wychowawczy. Jednakże, z drugiej strony, gdy ta przestrzeń między elitami, a resztą społeczeństwa staje się zbyt duża, urasta do rozmiarów przepaści mówimy o groźnym dla demokracji zjawisku „alienacji władzy”. Na koniec osobiste podsumowanie autorki: „Jestem przekonana, że Polska to nie Francja (gdzie możliwe jest zamknięcie sfery sacrum w określonym miejscu i czasie), ani Iran (gdzie możliwa jest sakralizacja sfery profanum). I że rozmijanie się ze społecznymi przekonaniami i preferencjami, forsowanie rozwiązań przez większość nie niepożądanych, a nawet niezrozumiałych, a także forsowanie rozwiązań ideowo spójnych i eleganckich, ale zupełnie nie zakorzenionych w praktyce, prowadzi do nikąd. Wytwarza spięcia, które niczego nie oświetlają, napięcia, które nie owocują trwałymi więziami, konflikty – które politycznie i społecznie kosztowne – nie tworzą żadnego nowego, choćby tylko czasowego konsensusu. Wyczerpują się w jałowych błyskach, głuchych grzmotach, hałaśliwych swarach i pozornych pojednaniach (s. 63). Artykuł prof. Grabowskiej, choć znacznie bardziej skromniejszy w celach, należy czytać na tle dyskusji o zdradzie klerków: książki Juliana Bendy, oraz „Revolt of the elites”. (Małe Ciche, 28 grudnia 2007)
Pomroczność jasna końca rokuW ostatni weekend Starego Roku „Dziennik” pyta znane postaci życia publicznego o „Najważniejsze wydarzenia, których nikt nie zauważył”. Bardzo ciekawie Aleksander Hall pisze o dwulicowości europejskich elit na marginesie artykułu, w którym Giscard d’Estaing pisze o chrześcijańskich korzeniach Europy. Dwie wypowiedzi, które uważam za kuriozalne pochodzą od Ireneusza Krzemińskiego i Kazimiery Szczuki. Zacznijmy od tej drugiej; warto przytoczyć ją w całości, gdyż ukazuje ona jak ideologiczny sposób myślenia autorki nieomal w dowolny sposób zniekształca rzeczywistość.
„Wydano cywilny wyrok śmierci na Sawicką, Krawczyk i Blidę".O każdej z tych kobiet było głośno, ich sprawy trafiły na czołówki gazet, ale pisano o nich osobno, nikt nie połączył ich nazwisk w jedno zjawisko. Tymczasem ich sprawy łączą się w całość – wszystkie trzy były symbolem wystąpienia państwa przeciw jednostce. Aparat IV RP zadziałał przeciw kobiecie i uruchomił XIX- wieczne mechanizmy. Te kobiety zostały, mówiąc XIX-wiecznym językiem, osaczone, napiętnowane, znalazły się pod pręgierzem opinii społecznej i mediów. My zaś patrzyliśmy na to, jak na afery medialne. Ale nie zorientowaliśmy się, w którym momencie zaczęliśmy widzieć w nich XIX-wieczne kobiety upadłe. W jakimś sensie wszystkie trzy zostały symbolicznie uśmiercone. Dokonały tego media, a my byliśmy patrzącą na to gawiedzią”. Oczywiście negatywnym bohaterem jest tutaj nadal PiS: „państwo występujące przeciw jednostce”. Ale tym razem jest to PiS występujący przeciw kobiecie. To absurd. A co z PiS-em występującym przeciw mężczyznom: Januszowi Kaczmarkowi, Andrzejowi Lepperowi, etc. Czy „symboliczne uśmiercenie” mężczyzn jest inne, mniej bolesne, mniej godne napiętnowania od symbolicznego uśmiercenia kobiety? W tekście Szczuki nie chodzi jednak o fakty, chodzi o feministyczne cliche: mężczyzna i opanowane przez niego instytucje przeciw kobiecie. Przeciw każdej z tych kobiet ciążą poważne zarzuty; groźba feministycznej ideologii polega na tym, że fakty przestają się liczyć. Odtąd jest niewinna kobieta upodlona przez PiS, państwo, a generalnie mężczyznę o poglądach prawicowych. Można zapytać Szczukę: dlaczego ograniczyła swoją listę do tych trzech nazwisk? Można by przecież dodać kolejne nazwiska kobiet „z pierwszych stron gazet”, które zostały obciążone poważnymi zarzutami: Renata Beger, Danuta Hojarska? Te nazwiska – mam wrażenie - nie pasują do heroicznej listy Szczuki. Drugie kuriozum to tekst przejętego niepokojem o przyszłość Kościoła katolickiego w Polsce Ireneusza Krzemińskiego. Ale rozpocznijmy od nieco szerszej refleksji. Jednym z najciekawszych tekstów dotyczących przyszłości Kościoła, które ukazały się w roku 2007 był tekst Tomasza Terlikowskiego o końcu ery dialogu, ery Soboru Watykańskiego II w Kościele katolickim. Tekst ten spotkał się z raczej powierzchownym odbiorem. Ze znanych mi komentarzy: Grzegorz Pac słusznie napisał, że budowanie własnej tożsamości zawsze musi iść w parze z dialogiem, a o. Tomasz Dostatni OP, że należy prowadzić dialog. Wydaje się, że tekst Terlikowskiego zadawał pytania znacznie poważniejsze niż jego polemiści byli w stanie odczytać. Rzeczywiście, po Soborze Watykańskim II - na wskutek złej jego interpretacji – nastąpiło, szczególnie w krajach Zachodu, niesłychane zamieszanie w dziedzinie tradycyjnej nauki i praktyki Kościoła. Przykłady możemy mnożyć z różnych dziedzin: rozumienia tajemnic wiary, liturgii, podejścia do sakramentów, etyki życia zakonnego, kapłańskiego i małżeńskiego. Fakt, że po wydaniu w 1968 roku encykliki Pawła VI Humanae vitae znaczna część, jeśli nie większość teologów moralnych odmówiła przyjęcia tej nauki, a także jej nauczania w seminariach duchownych, na katolickich uczelniach, a także – w konsekwencji – w katechezie, przygotowaniu młodych do małżeństwa, etc. stanowił smutny przykład rozpadu Kościoła. Bardzo często ta dekompozycja Kościoła dokonywała się w imię źle rozumianego, powierzchownego dialogu ze współczesnością, innymi religiami i kulturami. Na pełną ilustrację tej tezy nie ma tutaj miejsca. Przypomnijmy ważną książkę George’a Weigel’ Odwaga bycia katolikiem, w której autor zaważa, że w amerykańskim Kościele pod presją współczesnej kultury doszło do faktycznej i bardzo groźnej w skutkach akceptacji kandydatów do kapłaństwa, którzy przyznawali się do homoseksualnego stylu życia. Autor uważa, że skandale pederastii, a nie jak mylnie informowały mass-media: pedofilii, które wstrząsnęły Kościołem katolickim w Stanach Zjednoczonych w ostatnich latach były między innymi skutkiem tej błędnej praktyki. Nie tak dawno hiszpański ksiądz z dumą opowiadał mi jak pod wpływem działania Ducha Świętego udzielił komunii świętej muzułmanom, którzy wykorzystywali miejscowy kościół do swojego spotkania. Napomnienie biskupa zostało przez tego kapłana przyjęte jako wyraz zupełnego niezrozumienia ducha ekumenicznego. Ile tego rodzaju niszczącego dla dziedzictwa wiary lekceważenia dla praktyki i teologii Kościoła w imię dialogu miało miejsce w ostatnich dziesięcioleciach? Wartość tekstu Terlikowskiego polega na podważeniu fałszywej koncepcji dialogu, który zbyt często polegał na bezkrytycznym przyjęciu prawd, które z chrześcijaństwem nie miały nic wspólnego. Dialog, który nie łączy się z jasną świadomością własnej wiary jest dzisiaj szczególnie niebezpieczny. W tym kontekście należy czytać uwagi prof. Ireneusza Krzemińskiego w odpowiedzi na ankietę „Dziennika”: „Najważniejsze wydarzenia, których nikt nie zauważył”. Tekst profesora, z którego zamieścimy tutaj fragment nosił tytuł: „Zrzucenie sutanny przez wybitnych księży Tomasza Węcławskiego i Tadeusza Bartosia”: „Opuszczenie duchowieństwa przez wymienionych duchownych [autor wymienia jeszcze nazwisko Stanisława Obirka – wtrącenie JK] oznacza stopniowe opuszczanie Kościoła przez całe pokolenie młodych księży i zakonników spragnionych myśli, nowych horyzontów teologicznych i intelektualnych, całkiem niemieszczących się w atmosferze umysłowej i duchowej naszego Kościoła. To zjawisko wiąże się chyba z innym niedocenianym procesem dokonującym się w Kościele powszechnym: odwrotem od dokonań Soboru Watykańskiego II, od jego twórczego i ekumenicznego ducha. O tym świadczą kolejne dokumenty i wypowiedzi Benedykta XVI, np. odmawiające wspólnocie protestanckiej miana Kościoła, czy przywracające w Kościele miejsce dla mszy trydenckiej. Tak jak Sobór był wydarzeniem znaczącym dla całej europejskiej kultury, tak wyraźne pożegnanie z duchem Vaticanum Secundum powinno stać się przedmiotem poważnego namysłu”. Krzemiński słusznie, podobnie jak Terlikowski, zauważa zmianę atmosfery w Kościele. W odróżnieniu od Terlikowskiego dokonuje błędnej interpretacji tej zmiany. Przytoczona przez Krzemińskiego odmowa postawienia teologicznego znaku równości między Kościołem katolickim a innymi kościołami chrześcijańskimi to nie jest pożegnanie z Soborem Watykańskim II, bo Sobór ten nigdy takiego znaku równości nie postawił. Podobnie przywrócenie mszy trydenckiej mogłoby być uznane za odwrócenie reformy liturgicznej Vaticanum Secundum, gdyby wiązało się z zakazem odprawiania mszy posoborowej. Nic takiego nie nastąpiło. Typowym tekstem z dziedziny „pomroczności jasnej” jest wypowiedź Stefana Chwina z innej ankiety „Dziennika”: „Czego się boimy i czego pragniemy”: „Niepokoi mnie konflikt między imperiami – Rosją i Stanami Zjednoczonymi – trwa nadal i wszelkie opowieści o końcu zimnej wojny można między bajki włożyć. Walka o strefy wpływów toczy się z niesłabnącą intensywnością, a liczba bomb atomowych po obu stronach wcale nie maleje. (…) Najbardziej boję się mentalności imperialnej, która jest niezależna od narodu, państwa, ustroju. Amerykanie zachowują się w Iraku tak samo jak Rosjanie w Czeczenii, a my jeszcze bierzemy w tym udział”. Autor tej wypowiedzi rzeczywiście wydaje się prezentować myślenie zimno-wojenne, w którym tym złym jest imperializm: radziecki lub amerykański. Brak jest zauważenia, że dzisiaj mamy szereg nowych imperializmów: chiński, indyjski, a nade wszystko zupełnie nowy i pewnie najgroźniejszy imperializm al-kaidy. Złe jest istnienie bomby atomowej, ale Stefanowi Chwinowi radzę zastanowić się nad pytaniem: czy lepiej jest, że bomba atomowa jest w posiadaniu Stanów Zjednoczonych, czy al-kaidy? A swoją drogą stwierdzenie, że „Amerykanie zachowują się w Iraku tak samo jak Rosjanie w Czeczenii” jest przerażające. Mam nadzieję, że znalazło się w tym tekście nie do końca w sposób przemyślany, albo autor w przedświątecznej gorączce nie miał możliwości autoryzacji tekstu. Jeżeli jest inaczej: mamy kolejny przykład tego, co Jean-Francois Revel nazwał chorobą europejskiej inteligencji: bezsensownego anty-amerykanizmu.
O głupocie„Boję się zgłupienia tego świata. Ten proces można porównać do cukrzycy, niewidocznej, ale śmiertelnie groźnej choroby, która oddziałuje na cały organizm. Stopniowe zgłupienie dotyka przede wszystkim mediów, ale także sfery polityki, edukacji, kultury i tak dalej. Choroba ta ma zasięg globalny. Największa nadzieja, że proces zgłupienia w roku 2008 zwolni tępo. Przynajmniej chwilowo”. (Dubrawka Ugresic, „Dziennik” 29-30 grudnia 2007) Mój Boże, utopijne pragnienie intelektualistki… W tym świecie, który staje się coraz bardziej skomplikowany, w którym humaniści nie mają pojęcia jak działa giełda, a osoby inwestujące na giełdzie nie mają pojęcia kto to był Szekspir, a obie społeczności nie mają pojęcia o tym, jak to się żyje mając garść ryżu na dzień. Kto ma się zając tłumaczeniem tego świata? Mass-media żyją rozrywką, a jeśli podejmują zadanie tłumaczenia świata, to chętnie pozostają na poziomie łatwych do strawienia dla gawiedzi stereotypów. A może zawsze było tak: że nieprzenikniony świat odsłaniał się odrobinę tylko dla nielicznych, dla biblijnych mędrców i proroków, greckich filozofów, buddyjskich mnichów… Temat głupoty kontynuuje Marcin Król. To jedna z tych myślących osób, co do których podejrzewam, że zdecydowanie za dużo piszą. Tym razem profesor raczy nas kolejnym „mądrościowym” tekstem, o tym, że „buraki są zakałą demokracji”. Trudno nie zgodzić się z tezą, że „rozmowa […] stanowi podstawę zarówno demokracji politycznej, jak i codziennej kultury demokratycznej” i ten, „kto nie chce, nie umie lub tylko udaje, że umie rozmawiać”, czyli – w definicji profesora - „burak” szkodzi demokracji. Jednakże, trudno mi oprzeć się wrażeniu, że ta irytacja profesora na buraka wpisuje się w obecną wśród naszej klasy politycznej pogardę dla gorszej Polski. Ta pogarda w latach 90-tych streszczała się w lansowanym przez „Gazetę Wyborczą” określeniu „ciemnogród”, ostatnio ożyła w pojęciu „moherowych beretów”. Czy buraki najbardziej szkodzą Polsce? W moim przekonaniu równie szkodliwi są ci gotowi rozmawiać do bólu i świetnie do wszelkiej rozmowy przygotowani: skorumpowani politycy, posłowie i senatorzy, którzy specjalizują się w „kręceniu lodów”, wygadani, ale sprzedajni dziennikarze… W wielu rozmowach obecne są ponadto pewne założenia wyjściowe dotyczące osób, które zaprasza się bądź których nie zaprasza się do rozmowy, a również poglądów, które mieć wypada. Nieprawomyślne poglądy powodują „wykluczenie”. Alister McIntryre pisał w latach 90-tych, że obecnie publiczna debata toczy się pomiędzy konserwatywnymi liberałami, liberałami środka i skrajnymi liberałami. Warto zastanowić się, czy w sytuacji obecnego pęknięcia w Polsce, które wpisuje się w szerszy kontekst „wojny kultur” nie tylko na scenie globalnej, ale w samej kulturze Zachodu określenie „burak”, które pozornie zostało stworzone w obronie rozmowy nie jest właśnie narzędziem wykluczenia z rozmowy.
Zawsze lubiłem Janusza Rewińskiego„Pamiętam, jak włosy zjeżyły mi się na głowie, kiedy w pewnej gazecie zobaczyłem (a było to w sobotę, kiedy trwała cisza wyborcza) wielki tytuł: „Głosuj, dziadu!” Bez większego żalu (bo już wcześniej irytował mnie fakt, że każda informacja miała formę komentarza, aby czytelnik wiedział, jak należy myśleć) powiedziałem: spieprzaj gazeto! Włosy zjeżyły mi się po raz kolejny, gdy następnego razu po kongresie PiS dowiedziałem się od pewnego redaktora, że partia Kaczyńskiego przypomina mu dobrze zorganizowaną sektę. Niektórzy w tym kraju chyba już do końca powariowali. […] Dziwi mnie fakt, że dziennikarze tak łatwo dali się opętać temu szaleństwu. Ta zaciekłość, nienawiść, oraz wieczna chęć wbicia coraz grubszej szpili i to tak, aby coraz bardziej bolało, sprawia, że stają się jakimś zombi. Niemalże na czołach mają już wyrytą deklarację, że do końca życia będą już zaciskać zęby na tej samej żyle. Bo chyba każdy się zgodzi, że normalnemu człowiekowi nie leci piana z ust, kiedy nazwę PiS, albo nazwisko Kaczyński. Bawi mnie także obserwowanie rozpaczliwych manewrów pisemek, które próbują się odnaleźć w nowej rzeczywistości, kombinując, jak być za a nawet przeciw. Dziwne są to zwroty, kiedy usilnie szuka się nienadgryzionej jeszcze przez innych strony, z której można by ukąsić rząd. Oczywiście, były rząd, bo jeśli chodzi o obecny, to niekoniecznie” (Niektórzy dziennikarze stali się zombi. Janusz Rewiński w rozmowie z Kamilą Baranowską, „Dziennik” 31 XII 2007-1 I 2008). To chyba profesor Ryszard Legutko powiedział, że ostatnie dwa lata to okres wielkiej kompromitacji polskiej inteligencji… |
